Zauważyłam to zupełnie przypadkiem. Nie w lustrze i nie na zdjęciu, ale w zwykły, trochę zmęczony dzień. Kiedy wszystko było „jak zawsze”, a jednocześnie czegoś brakowało. Okazało się, że czasem to właśnie drobiazg potrafi zmienić nastrój bardziej niż nowa sukienka czy fryzura.
Pedicure długo traktowałam czysto praktycznie. Ma być schludnie, neutralnie, bez eksperymentów. Dopiero z czasem zrozumiałam, że stopy też mają swój język estetyki. I że można nim mówić bardzo subtelnie.
Najbardziej fascynuje mnie francuska klasyka w nowym wydaniu. Delikatna linia, jasna baza, a do tego drobny akcent – cyrkonia, która nie krzyczy, tylko mruga okiem. Taki pedicure french z cyrkoniami widziałam ostatnio w jednym z zestawień inspiracji i uświadomiłam sobie, jak bardzo zmieniło się moje postrzeganie „elegancji”. To już nie sztywna forma, ale coś miękkiego, osobistego, dopasowanego do nastroju.
Zauważyłam też, że dobry pedicure to nie tylko kolor czy wzór. To rozmowa w salonie, spokój ruchów stylistki, materiały, które nie niszczą skóry. Coraz częściej pytam, czym dokładnie są wykonane stylizacje, jak długo utrzymają się efekty i co mogę zrobić sama w domu, żeby je przedłużyć. To daje poczucie kontroli, ale też zwykłej troski o siebie.
Co ciekawe, inspiracje przychodzą nie tylko z trendów. Czasem z ulicy, czasem z wakacyjnych wspomnień, a czasem z dobrze przygotowanych zestawień stylizacji, gdzie obok zdjęć pojawiają się konkretne wskazówki i podpowiedzi. Lubię, gdy ktoś myśli za mnie o detalach, które łatwo przeoczyć.
Dziś pedicure jest dla mnie małym rytuałem. Nie obowiązkiem. Nie pokazem. Raczej cichym sygnałem, że dbam o siebie w sposób, który ma sens. I że nawet najmniejsze elementy codzienności mogą dawać realną przyjemność – jeśli tylko pozwolimy im wybrzmieć.
