Są kolory, które pojawiają się nagle, robią hałas i znikają. I są takie, do których wraca się spokojnie, bez planu, trochę z sentymentu. Dla mnie fiolet należy właśnie do tej drugiej grupy.
Pierwszy raz wybrałam go zupełnie przypadkiem. Miał być „bezpieczny odcień”, coś pomiędzy klasyką a małym eksperymentem. Okazało się, że to był strzał w punkt. Fiolet nie krzyczy, ale też nie znika. Ma w sobie coś miękkiego, trochę tajemniczego. I co ciekawe — za każdym razem wygląda inaczej, zależnie od światła, nastroju, pory roku.
Z czasem zaczęłam zauważać, że fioletowe paznokcie działają na mnie jak drobny reset. Nie muszą być perfekcyjne ani bardzo ozdobne. Czasem to tylko mleczny lawendowy odcień, innym razem głęboki śliwkowy kolor z połyskiem. I za każdym razem mam wrażenie, że ten wybór mówi coś o mnie, nawet jeśli nikt inny tego nie zauważy.
Rozmawiałam o tym z kilkoma manicurzystkami. Wszystkie mówiły podobnie: fiolet jest niedoceniany, bo trudno go „zaszufladkować”. Nie jest ani typowo romantyczny, ani chłodny, ani oczywisty. Dlatego daje dużą swobodę — pasuje i do minimalistycznych stylizacji, i do bardziej odważnych pomysłów. Jeśli ktoś szuka inspiracji, warto zajrzeć do zestawień takich jak fioletowe paznokcie — nie po to, żeby kopiować, ale żeby zobaczyć, jak różnie ten kolor potrafi „zagrać”.
Zauważyłam też coś jeszcze. Fiolet często wybieram w momentach przejściowych. Gdy coś się kończy albo zaczyna. Nowa praca, zmiana planów, potrzeba oddechu. To nie jest kolor decyzji podjętych na chłodno. Raczej tych, które dojrzewają powoli.
Dziś traktuję manicure trochę jak formę rozmowy z samą sobą. Bez presji trendów, bez porównań. Czasem klasyczna czerwień, czasem neutralny beż. A czasem znowu fiolet. Taki, który nie narzuca się, ale zostaje na dłużej — dokładnie tak, jak dobre myśli.
